Nie jest trudno zorganizować warsztaty. Najtrudniej sprawić, żeby ludzie chcieli wrócić.
Kiedy rok temu powstała Kreatywna Piątka, marzyło mi się coś więcej niż kolejne zajęcia w bibliotece. Marzyło mi się miejsce, do którego ludzie będą wracać, bo dobrze się w nim czują. Takie, w którym z czasem obcy sobie ludzie staną się po prostu grupą.
Nie stało się to od razu.
Były warsztaty malowania na szkle, nowe pomysły, kolejne spotkania i nowe twarze. Jedni przychodzili raz, inni wracali. Aż zupełnie niepostrzeżenie powstała grupa, która dziś spotyka się regularnie i zawsze ma ochotę spróbować czegoś nowego.
Tym razem odkrywaliśmy kinusaigę. Było dużo skupienia, jeszcze więcej śmiechu i... chwila grozy, gdy jedna z uczestniczek, zachwycona pięknym materiałem, omal nie pocięła własnej garderoby zamiast tkaniny do pracy. Na szczęście w porę udało się ją uratować.
Ale najbardziej zapamiętam nie gotowe prace. Zapamiętam zdania, które padły przy stole:
„Strasznie nie chciało mi się dziś wychodzić z domu, ale bardzo się cieszę, że tu jestem.”
„Jestem zadowolona. Naprawdę odpoczęłam na tych zajęciach."
I chyba właśnie o to chodzi. Bo biblioteka może być miejscem, z którego wychodzi się nie tylko z książką albo własnoręcznie wykonaną pracą. Czasem wychodzi się po prostu z lżejszą głową.
A to dla mnie największa wartość takich spotkań.






